Niewesołe jest życie nastolatka, zwłaszcza po zombie-apokalipsie. Kumple zredukowani do plątaniny jelit, dziewczyna nadgniła, rodzina w początkowym stadium analfabetyzmu (ciągle tylko “agh ugh” i “ble ble”, jak u Żuławskiego). Kina pozamykane, w klubach pustki, na stadionach mało emocjonująca gra w zabijanego. Główny bohater zna ten ból. Siedząc na sedesie w publicznej toalecie i ściskając gorączkowo strzelbę, nie wygląda kwitnąco. Wkrótce do jego kabiny zapuka jednak przygoda.
Dużo ostatnio myślałem. I chyba już wiem, jak to jest z tymi zombiakami. Śmiać się z nich można, a i owszem, jednak zabawy starcza wtedy na dwa kwadranse (przypadek tracącego impet z każdą minutą “Wysypu żywych trupów”). Odstrzeliwanie im łbów, czy to podpatrzone (film), czy własnoręczne (gry), jest o wiele lepsze i daje niepomiernie więcej frajdy. U debiutanta Rubena Fleischera w ruch idą nie tylko pistolety, strzelby i półautomaty, ale także piły, łańcuchy, noże, kije do golfa, mrożonki, a nawet fortepian. I pewnie dlatego jest tak młodzieżowo, wystrzałowo i w ogóle gumy turbo. Przypomina się kapitalna scena z najlepszego filmu o zombie, czyli przeróbki “Świtu żywych trupów” Zacka Snydera. Oto porozumiewający się krótkofalówkami bohaterowie, strzelają dla zabawy do nieumarłych, ale tylko do tych, którzy wykazują podobieństwo do amerykańskich celebrytów. “Zombieland” to ten sam poziom wyrafinowania.

del.icio.us
blinklist
digg
Facebook
Furl
ma.gnolia
Newsvine
Pownce
reddit
StumbleUpon
Technorati
Twitter
Darmowe ogłoszenia